2018.03.09-11 - Beskid Żywiecki

   Chyba mi na starość szajba odbiła.b1 Wróciłem cały aczkolwiek niekoniecznie zdrowy. Boli mnie wszystko prócz głowy.b1 Trasę przejścia skróciłem ze względów logistycznych. Przebiegała ona tak jak w linku.

   Ale zacznijmy od początku. W końcu nadszedł dzień próby. Już od wtorku zacząłem pakować plecak. Przy pierwszej próbie założenia go na ramiona ciutkę mnie przygieło. Niedobrze. Plecak ciężki a przecież nie ma w nim jeszcze żarełka. Rozpakowanie. No tak. Kilka rzeczy jest tu niepotrzebnych - m.in. buty do chatki - wystarczą skarpetki (to podpowiedź Juniora i nie była to dobra wskazówka). Druga próba dźwignięcia wyszła lepiej ale do ideału brakowało sporo. Trudno.

   Piątek. Żarełko z lodówki do plecaka i w drogę. Najpierw rozgrzewka - dojście 2 km na przystanek. Doszedłem nie tyle rozgrzany co zgrzany.b1 A dalej niczym w filmie Barei z Józefem Nalberczakiem - panie, ja to mam krótki dojazd. Bus do Wrocławia, pociąg do Katowic, pociąg do Rajczy, bus do Rycerki Górnej i już jestem na miejscu. Śniadanie jednak jadłem rano.b1 W międzyczasie w Katowicach na dworcu było spotkanie z grupą podobnych popaprańców, aczkolwiek o wiele młodszych. Niedobrze. Po oczach widać, że młodzież głodna jest wysiłku. Trudno. Jakby co jednak, to jednak reanimacja przez nich robiona może być przyjemnością.b1 Sru w pociąg i tradycyjnie na stojąco do Rajczy. Rajcza. Sklep. Ostatnie zakupy bo tu kończy się cywilizacja. Jeszcze fotka kościoła - Michał i Katarzyna będą wiedzieli o co chodzi z tym kościołem. Krótko rzecz ujmując to zapewne jesteśmy uwiecznieni na fotce ślubnej pewnej pary, która miała to nieszczęście, że sobie ją robiła kiedy żeśmy chyłkiem przemykali bokiem na szlak kilka lat temu nazad.b1

   Rycerka Górna. Wypad z busa. Zbiórka. Odliczanie. Dużo nas - 33 osoby i jeden pies - ale co to za pies. Właścicielka twierdzi że to skrzyżowanie mopa ze szczotką. Coś w tym jest.b1 Dobry jest w te łazęgowe klocki. W drogę. Dla mnie w nieznane.

   Jeszcze jest dobrze. To zapewne zdrowe powietrze dodaje mi energii. Tak dotleniony mózg oszukuje mięśnie. 350 m przewyższenia. Marsz po błocie, śniegu i lodzie. Widoki?

01

Grać każdy może, trochę lepiej, ... b1

   No cóż noc jest więc widać tylko drzewa, drzewa i drzewa. Jak to w lesie. Następnego dnia pod tym względem będzie lepiej ale pod innym gorzej.b1 Po 1,5 godz. marszu pojawia się jakiś wyciąg, kilka świateł i piękna buda zwana schroniskiem. Przełęcz Przegibek. Cel na dzisiaj. Zakwaterowanie i zbiórka. Będziemy się zapoznawać. Jest jeden problem - nie pamiętam czy kolacja była przed czy po, a może jej wogóle nie było.b1 Pal licho żarełko. Siadamy i się przedstawiamy. Znowu niedobrze. Same hanysy rdzenne i kilku farbowanych. I tylko ja jako najczystrzy gorol - ambasador Dolnego Śląska.b1 Sorki. Jeszcze osóbka z Sosnowca, cokolwiek to znaczy.b1 Przedział wiekowy? Dwóch młodzieńców lat około 17tu, dużo płci mieszanej tuż po 18tce, kilka ciutkę więcej po 18tce (z akcentem na ciutkę)b1, no i gościu w wieku ponad 45 lat, w sam raz abym Go po piwo wysłał - Jacek, bez urazy. Żonaci, dzieciaci. Różne grupy zawodowe. Ale każdy z ambicją poznania tych gór. I tego się trzymajmy.

   Pora na spanko. Łoże typowe czyli jakiś materac, kawał poduchy pod łepetynę. Gnaty w śpiwór i do rana. Muzyczni jeszcze urządzają koncert - wcześniej powiedziałem, że się nie piszę na gitarowe koncerty bo gdybym zaśpiewał to wszystkie wilki ze Słowacji poprosiły by o azyl na Węgrzech. Nawet u Orbana. Cóż. Nie można mieć wszystkich talentów.b1

02

Na Przegibku

   Rano pobudka gdzieś około 7.30. I tu ukłon w stronę małżonki, która przed wyjazdem zdjeła mój skalp. Więc kiedy młodzież ogarniała niesforne kłaki, ja mogłem wyjść podziwiać otoczenie.b1 Dzień jednak zapowiadał się nie najlepiej - chmurno i mgliście a temperatura oscylowała wokół zera. Z dachu kapała woda. Na razie widoków niewiele. Ale miejsce urocze - błyskawicznie zaprzyjaźniłem się z lokalnym tygrysem. I mam nadzieję tam wrócić.

03

Może będzie słońce?

   Śniadanko czyli dwie kromki chleba, łyk płynu i w drogę. Idziemy do Ujsół. Tradycyjnie. Najpierw pod górę, póżniej po grzbietach - a co ja będę pisał o przewyższeniach. W końcu to góry są więc musi być pod górę. I basta.b1 Śniegu zaczyna być coraz więcej. Idzie się po śnieżnej grobli - polega to na tym, że depcze się po ubitym śniegu ale kiwnięcie się na którąkolwiek ze stron grozi zaginięciem w zaspie. Więc amatorom herbatki z prądem o dużej mocy nie polecam takiej ścieżki. No chyba że ktoś lubi robić za misia w jamie śnieżnej.b1 Marsz, marsz, marsz. Prowadzi Jacek. Tempo marszu - daję przy nim radę. Zmiana prowadzącego na młodszego - zaczyna być gorzej. Po pewnym czasie kondycja karkonoskiego letniego łazika zaczyna się uwidaczniać.b1 Zostaję z tyłu. Zamek czyli kolega Sadam to zapewne niejedno w życiu już widział, więc jest cierpliwy i nie kopie mnie w zadek.b1 Ale grupa musi częściej zarządzać przerwy w marszu. Niedobrze. Mam nadzieję że mnie tu nie zostawią.

04

Na trasie

   W końcu wychodzimy na szeroki północno-wschodni stok Rycerzowej Wielkiej, odsłaniający clou tych gór - rozległy widok, że o bacówce nie wspomnę. Widok jest cudowny. Cudowny to mało napisane. Po prostu trzeba tam być i zobaczyć. W linku schemat poglądowy tego co można stamtąd zobaczyć. I tu mogę umieścić potencjalne ogłoszenie reklamowe aktualne za lat kilka - licencjonowany przewodnik w wieku przed 70tką pokaże kilka pasm górskich w okolicach Rycerzowej, wolny marsz gwarantowany.b1

   Spróbuję napisać co było widać - mam nadzieję, że jak się rypnę to szef kursu mi to wybaczy - uczę się dopiero.b1 Patrząc od lewej na najdalszym horyzoncie - Romanka, Rysianka, Pilsko a za nim Babia Góra. Na wprost z chmur wyłaniają się Tatry. Bliżej kilka pomniejszych szczytów o zapewne nic nie mówiących nazwach - Krawców Wierch, Oszus, ... i mnóstwo innych po słowackiej stronie. Wydaje mi się jednak, że bez śniegu ta panorama byłaby ładniejsza. Cóż. Nie jestem miłośnikiem tego białego świństwa, przynajmniej wtedy kiedy muszę po nim brodzić. Schodzimy do Bacówki na Rycerzowej.

06

Widok spod Rycerzowej Wielkiej

   Przerwa w marszu. Chatka mała a do środka weszło tak z 50 osób. My i kilku słowaków z biegówkami. Zamawiam pyszny żurek i czarną kawę na dodanie energii. Po twarzach współbiesiadników widać, że zostaliby tu najchętniej do wieczora. Niestety. Nauka wymaga poświęceń. W drogę. Na Muńcuł.

   Po pewnym czasie zaczynają się schody. Ostre podejście a moje nogi jakby z waty były. Zwalniam coraz bardziej. W końcu ktoś w końcu wpada na pomysł aby zajrzeć do mego plecaka i ulżyć mi. I wyciągnęli w końcu te kilka kilo żarcia.b1 Nie myślcie sobie, że to było żarcie dla mnie. Aż takim egoistą nie jestem. Niosłem je z myślą o pulpie na Zagroniu.

08

Bacówka pod Rycerzową

   Jest lepiej.Mięśnie co prawda już zakwaszone ale plecak tak nie uwiera w ramiona. Mimo wszystko zaliczyłem pada na plecy orząc stok na długości kilku metrów - ech, jabłuszko by się przydało.b1 Nie ja jedyny. Młodzież też pada więc w kupie raźniej. W końcu szczyt. Niektóre beskidzie szczyty mają to do siebie, że jak się na niego wdrapiesz to i tak nie wiesz że to szczyt. Zarośnięte wszystko wokoło i guzik widać. Odsapka przed ... długą jazdą bez trzymanki czyli zejściem do Ujsół po śniegu, lodzie i błocie. Prowadzący to chyba miał narty na nogach. Tempo szybkie. Zaczynam rozważać czy bardziej męczę się wchodzą czy schodząc. Zapierdzielamy jak małe samochodziki.b1 Na szczęście szczęścieb1 coraz bliżej. W końcu jest.

   Nie tyle cywilizacja co sklep. Rozkładamy się na czarnym szlaku prowadzącym do Chatki na Zagroniu i odpoczywamy. Ochotnicy idą do sklepu po płyny. I tu muszę napisać, że dziewczyna z Sosnowca (cokolwiek byto znaczyło) jest wporzo. b1 Kupiła mi mineralną. Może oczekiwała, że po jej spożyciu, nie będzie musiała już oglądać mego zadka na zamku? O ja niewdzięczny.b1 Siedzimy sobie pod płotami i wcinamy. Kiełbaska, czekolada - prawie jak Epicure w Paryżu. Dowcipy, żarty a w nogach 10 godzin marszu czyli jest dobrze.

09

Gdzieś na szlaku

   Ruszamy. Podejście na Zagroń strome jak ...., zryte przez dziki. Wchodzimy w las. W zasadzie już wierzchołek. Rozdroże. Szlak w prawo. Droga prosto. Idziemy szlakiem. I tu mam swoją teorię (bo szedłem tamtędy dwa lata temu), że tą drogą też byśmy doszli do kapliczki przy Kręcichłostach. Ale cóż. Nie ja tu dowodzę. Jeszcze tylko kilka podejść, kolejne lodowisko przy kapliczce, następne na zejściu i w końcu jest - legendarna Chata na Zagroniu.

   Światła w oknach, gwar a w środku ciepełko. Żyć nie umierać. Wchodzimy, ściągamy buty, włazimy po "Orlej Perci"b1 na poddasze i zwalamy z siebie plecaki i cały trud marszu, by za chwilę wziąść się za robienie kolacji czyli tzw. pulpy. W międzyczasie spotykam znajomego, właściwie to bardziej znajomego Juniora ale kilka zdań wymieniliśmy ze sobą. b1

10

Chata na Zagroniu

   Mam nadzieję, że moje wypociny czytają nie tylko uczestnicy tej wycieczki, więc krótko opiszę co to jest pulpa. Pulpa - lokalna śląsko-górska potrawa uwielbiana przez turystów (bo już nie mają nic innego do żarcia i perspektyw teżb1) zawierająca makaron, fasolkę, kukurydzę, kiełbasę, ser i pomidory we wszelkiej postaci, grzana na wolnym ogniu - jak coś pominąłem to pisać na maila. Dzisiejsza miała jeszcze mój marynowany czosnek.b1 Zresztą czego by nie miała to i tak konsumenci by ją pożarli. Byli tak głodni, że gdyby dorwali tego szczura, który tam ponoć grasuje, to byłby to ostatni wieczór jego życia.b1 Potrawa bardzo syta. Po piątej łyżce miałem dość. A później dodatkowo załapałem się na imieninowego gluta - nazwa rzekłbym mało zachęcająca ale zawartość wręcz odwrotnie. Pyszota. Składu nie podam bo nie znam.

   Dzionek się kończy. Trzeba by wyjść za tzw. potrzebą a ja nie mam w czym. Syn mi doradził co bym z drugich butów zrezygnował aby odciążyć plecak. Posłuchałem a mój pęcherz nie.b1 Buty wiszą nad kominkiem oddając po litrze wody każdy. A ja w skarpetach. Poprosiłem jedną łajzę o pożyczenie sandałów ale nie chciał. Cóż. Musiałem nałożyć te swoje mokre buciska. Kto nakładał mokre buty ten wie co to za przyjemność. Trudno. Spacerek połaczony z oglądaniem nocnego nieba. Wszystkie gwiazdy nade mną. Tak jak dwa lata temu w tym samym miejscu. Powrót. Buty z powrotem na sznurek i modlitwa by wyschły.b1 Pora spać. Gorąco na poddaszu jak cholera. Ktoś w końcu uchylił lufcik i dało się zasnąć.

11

Widok spod Chaty

   Sen krótki. Może z pięć godzin. Przecież spać "to mogą dyrechtory".b1 Pobudka, zejście na dół do kuchni i zgrzyt. Pominę ten zgrzyt, bo od wczoraj omawiany jest już na różnych forach ale napiszę tylko, że tego nie spodziewałem się w tym miejscu i z tymi ludźmi. Dobra. Śniadanko i będzie wymarsz. Wymarsz ale hmmm. Siły wróciły. Pewnie dam radę nawet z zamkiem z Sosnowca,b1 tylko co dalej. Jak dojdę do końca czyli Węgierskiej Górki to czeka mnie 6 godzin czekania na dworcu we Wrocławiu. A każdy kto tam na nim był wie, że pobyt na nim nie jest najprzyjemniejszyb1 (pamiętam jeszcze z dawnych lat, kiedy zgłodniały nieszczęśnik usiłował się pożywić, przychodził okoliczny żul, wkładał brudne łapsko w zupę i było po obiedzie). Trudno. Tu kończę tę eskapadę.

   W tym miejscu chciałbym pozdrowić Jacka - niech myśli o piwie. On wie dlaczego. Zostaję przed Chatką a grupa powoli oddala się. Nawet chusteczką pomachałem. Buty na nogi - o dziwo wyschły całkowicie, plecak z budy i w swoją trasę. Drogę znam. W dół do Nickuliny. Nawierzchnia tradycyjna. Lód i śnieg. Zszedłem do doliny a tam lato. W słońcu ponad dwadzieścia stopni. Rozebrałem się do podkoszulka. Trochę ulubionego alsfaltu. Rozgałęzienie dróg. W górę do przystanku kolejowego i w dół do przystanku kolejowego. Wiadomo co wybrałem.b1 Kilkanaście minut i już byłem w pociągu. A dalej jak na początku - dojazd mam łatwy.b1

   I to była moja pierwsza eskapada ze Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich. Chłopaki i dziewczyny. Nie cieszcie. Za dwa tygodnie znowu się spotykamy (niektórzy dostąpią tego zaszczytu być może w środę).b1

    

   P.S. Moja wiara w młodzież rośnie. W środę niektórzy - dość skrycie - przyznawali się, że też mieli dość tego tempa marszu a po powrocie do domostw, ich członki - podobnie jak moje - nadawały się jedynie do wymiany.b1

 do góry 

JANUSZ LEWCZYK

Świdnica

tel. 603 099 193

e-mail: janusz.lewczyk@infomix.com.pl

© Janusz Lewczyk (d. INFOMIX) 1999-2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Serwis mapa-turystyczna.pl