2015.07.19 - Wałbrzych-Lutomia

   Kiedy Wyrypa Beskidzka negatywnie zweryfikowała stan mojej kondycji, postanowiłem ją podreperować jakąś dłuższą trasą po okolicy. Wygłówkowałem sobie trasę z Lutomii poprzez Walim do Wałbrzycha. Dojechałem do Lutomii, przeszedłem przez Glinno, Walim wziąłem szturmem i utknąłem za nim. Gdzie u licha jest ten niebieski szlak? Jego poszukiwanie zajęło mi trochę czasu, cennego czasu. Po pewnym czasie stwierdziłem że nie dam rady zdążyć w Wałbrzychu na pociąg i zawróciłem.

   Zawróciłem co nie znaczy, że się poddałem. W następną niedzielę postanowiłem odwrócić trasę i zacząć od Wałbrzycha - planowana trasa jak w linku. Jednakże zamierzam ją trochę zmodyfikować czyli zrezygnować z Przełęczy Walimskiej, idąc na skróty do Glinna a później jeszcze 4 km z Glinna do Lutomii Górnej na przystanek MPK. Jakby nie kombinować to lekko nie będzie zwłaszcza w tym upale jaki się zapowiadał.

01

Ruiny zamku Nowy Dwór na Zamkowej Górze

   Przed 9tą dotarłem żółtą torpedą KD na wałbrzyski Dworzec Główny a stamtąd pod wiadukt kolejowy, by żółtym szlakiem dotrzeć wpierw na Przełęcz Kozią. Ale nie ma łatwo. Wpierw trzeba zdobyć Zamkową Górę z ruinami Nowego Dworu. Idę ulicą o nieokreślonej nawierzchni, bo po chwili wejść w chaszcze. A w zaroślach jak jest to wiadomo. Szlak diabli wzięli. Musiałem pobawić się w średniowiecznego rycerza szturmującego ów zamek czyli pójść na skróty. Oj stromo jest, bardzo stromo. Zalecam więc pilnowanie szlaku. Jednak po kilku minutach mozołu zdobyłem zamek, no powiedzmy - ruiny zamku. W latach swojej świetności musiał sprawiać wrażenie swymi rozmiarami i wyniosłym położeniem. Nigdy nie został zdobyty a padł pod wpływem sił natury czyli pożaru od uderzenia pioruna.

02

Borowa

   Kilka minut wśród ruin, pamiątkowa fotka i marsz bo trasa jest długa a autobus nie będzie na mnie czekał. Zejście takie same jak i wejście – strome, z tym że po udeptanym szlaku wprost na podwórze zabudowań. Tu ubity trakt się kończy a zaczyna się leśny dukt. Po kilku minutach mijam ołtarzyk umieszczony na drzewie – tzw. Kapliczka na modrzewiu, i prę pod górę dalej żółtym szlakiem na Przełęcz Kozią. Lato jest wyjątkowo gorące to i ta leśna zieleń zrobiła cię ciut brunatna, miejscami żółta a poszycie przypomina podłogę w tartaku. Jeszcze tylko przejście przez młodnik i już jestem na przełęczy. Pierwszy sukces już jest.b1 Ale to raptem dziesiąta część trasy.

03

W stronę Jedliny

   Kilkaset metrów lekko pod górę i docieram do Przełęczy pod Borową. Teraz dla odmiany jest ostro ale w dół. Jak to w górach. b1 Mijam jakieś rozpadające się zabudowania, inne z kolei w lepszym stanie robiące za agroturystykę, dalej jakąś miejską kamienicę. To już przedmieścia Jedliny Zdrój. Dochodzę do potężnego nasypu kolejowego. Wysokiego i szerokiego na kilkadziesiąt metrów. To linia kolejowa Wałbrzych – Kłodzko. A także nasyp rozebranej linii z Jedliny do Świdnicy. Dołem w tunelu wraz z potokiem biegnie ulica, którą przeprawiam się na drugą stronę nasypu. I taka myśl mi przychodzi do głowy – gdyby tak zasypać tunel to piękne jeziorko by się zrobiło. b1

04

Podejście na Jedlińską Kopę

   Za nasypem skręcam w prawo na niebieski szlak biegnący ulicą w kierunku dworca kolejowego. Dwa kilometry asfaltu fatalnie wpływa na moje stopy. Ludzie. Jak ja nie lubię asfaltu.b1 Dochodzę do dworca. Tak. Dworzec to pojęcie względne jak widać po stanie tego. Pamiętam jego wygląd z czasów jego świetności. A teraz? Zarośnięte tory, resztki wagonów, obdrapane osłony tuneli, powybijane szyby. Idealne miejsce do kręcenia filmów z czasów tuż po wojnie. Szybko mijam go, bo nie ma się czym zachwycać i wchodzę w mały lasek, zmieniając szlak na czerwony. Mijam ciekawe miejsce – nasyp umiejscowiony prostopadle do szlaku, nagle urywający się. Może to kolejna zagadka związana z tajemniczymi Górami Sowimi?

05

Widok z Jedlińskiej Kopy

   Przechodzę główną ulicę Jedliny i wzdłuż ogródków działkowych, podwórek i domków zbliżam się do granicy lasu. Nie jest źle z kondycją więc sądzę że wyrobię się na punkcie końcowym w czasie. Jednocześnie myślę o trasie którą zrobiłem w maju, idąc też z dworca PKP ale przez Borową i dalej Głuszycę. To był hadcore. Zwłaszcza to zejście szlakiem niebieskim z Rybnickiego Grzbietu do doliny. Dzięki bogu dziś takich doznań nie mam. Świadomie zresztą. Jest po prostu za gorąco.

   Wchodzę w las „drzwiami do lasu” mijając leśniczówkę po prawej stronie. Pora jest wczesna ale ciepełko daje już znać o sobie. Dlatego ten las mnie ucieszył. Będzie więcej cienia. Droga przez ten las zaczyna się łagodnie by po pewnym czasie zaczęło się ostre podejście. I co ciekawe? Idzie się drogą wyłożoną piękną i równą kostką brukową. W środku lasu. To zapewne pozostałość po tajemniczych pracach prowadzonych przez Niemców w tych okolicach w okresie II wojny światowej. Idzie się wygodnie. Zawsze to kostka lepsza od betonu lub asfaltu. Wkrótce (hmmm, trochę więcej niż wkrótceb1) docieram na północne zbocze Jedlińskiej Kopy. Muszę powiedzieć, że ciężko zdziwiony jestem faktem, że przemieszczam się Głównym Szlakiem Sudeckim. Dlaczego. Szlak jest zarośnięty. Tak jakby nikt po nim nie chodził. A może nie powinienem się dziwić? Bo przecież od początku spotkałem tylko jednego turystę. Też był zdziwiony moim widokiem. Może dalej będzie trochę więcej ludzi.

06

Nad Walimiem

   Widok ze zbocza jest rozległy, gdzieniegdzie jednak przesłonięty lasem. Gór zbyt wiele nie widać ale za to widoczne są lasy, pola, miasta i miasteczka w promieniu przeszło 100 km. Widoczny jest nawet ten szklano-betonowy … słup we Wrocławiu – poglądowy schemat w linku. No i najbliższe otoczenie – rozśpiewana leśna łąka.

   Docieram do Przełęczy Marcowej. W wiacie siedzą ludzie paląc ognisko. Trochę jestem zdziwiony tym faktem bo wokół suchy las. Suchy jak siano. Cóż. Kiełbasa widocznie jest ważniejsza niż możliwość pożaru. Zatrzymuję się na krótko, spożywam pierwszy posiłek od wyjścia z domu. Trzeba się wzmocnić bo to dopiero połowa trasy.

   Od przełęczy zaczyna się odcinek za którym nie przepadam. Gdy pomyślę sobie ile tam tragedii ludzkich rozegrało się przed laty to zaczynam odczuwać dziwny lęk. Obecnie wszystkie te miejsca budowy i równania terenu pokryte są lasem i dlatego nie widać ogromu prac jakie tam były wykonane. Jednakże, kiedy obejrzy się ten teren np. przy pomocy danych LiDAR w Geoportalu, widać wtedy jak okolica została zmieniona za pomocą więziennych rąk. Dla przykładu teren przed Rozdrożem pod Moszną. Jest płaski i wyrównany. Zupełnie jakby był lądowiskiem. Jednakże jego przeznaczenie nie jest znane a dociekania pozostawiam historykom i poszukiwaczom tajemnic III Rzeszy.

07

Zbocza Masywu Włodarza

   Dochodzę do wspomnianego rozdroża i zaczynam schodzić niebieskim szlakiem w dół zboczem Masywu Włodarza, w kierunku Walimia. Jednak szlak ten na tym odcinku ma to do siebie, że niezależnie z której strony się nim idzie to i tak go można zgubić. Dobrze że miasteczko widać z góry, więc kierunek ogólny jest znany. Mnie się udało powędrować wzdłuż linii wysokiego napięcia. Trochę buczało nad głową ale dzięki niej dotarłem do pierwszych zabudowań, a wkrótce idąc stromą ulicą w dół, do centrum miasteczka.

   W Walimiu mam takie swoje miejsce odpoczynku czyli pod lipą w samym centrum – tu jej fotka z dawnych lat. Drzewo to już jest stare, otoczone ochroną. W dodatku znajduje się tuż obok równie starego domu. Co prawda nie ma tam żadnej ławki ale mnie to nie przeszkadza bo siadam na murku otaczającym tą lipę. A w upalny dzień zaczynam się pod nią czuć niczym Kochanowski pod swoją.b1. Kolejny posiłek umilają mi kierowcy jadący wąską ulicą przebiegającą obok. Rzekłbym że ich zachowanie to kwintesencja kultury polskiego użytkownika samochodu. Ulica wąska a wyminąć się trzeba. Ubaw mam po pachy. Dość.

   Ruszam w kierunku Glinna. To jest ten mój skrócik by niepotrzebnie nie wchodzić na Przełęcz Walimską a później schodzić z niej. Idę wpierw ulicami miasteczka a później przez okoliczne łąki. Właśnie w momencie wejścia na jedną z nich na zboczu Góry Jasia zagrzmiało i nagle lunęło. Wyciągnąłem szybko kurtkę z plecaka, przebiegłem kilkanaście metrów w bok i schowałem się w gęstych zaroślach. Lało dość mocno przez kilka minut, jednak zarośla okazały się na tyle gęste, że nie przemokłem. A po chwili znowu zaczęło świecić słońce. Ot, taka typowa letnia burza – więcej hałasu niż efektu.b1

08

Zanosi się na burzę

   Pożegnałem się z krzakami i ruszyłem łąką pod górę. Zwykle na niej dostaję zadyszki a dziś ku memu zdumieniu, dotarłem na jej kraniec bez chwili odpoczynku. Co znaczy świeże, chłodne powietrze. Z łąki tej roztacza się ładny widok na Góry Wałbrzyskie, w szczególności zaś na okolice Borowej, gdzie dziś rano byłem. No, no. Niezły kawałek przeszedłem. Dobra. Dosyć tego zadufania bo jeszcze ciut drogi przede mną.

   I to niestety jest droga asfaltowa – moja ulubiona nawierzchnia. Przechodzę na jej lewą stronę i lekko pod górę zbliżam się do Glinna. Mijam krzyż zapewne postawiony ofierze wypadku drogowego a po kilku minutach docieram na wierzchołek wzniesienia. W dole Glinno. Malowniczy widok. W centrum wieża kościoła, za nią większy budynek z lokalem gastronomicznym, W dolinie opadającej w lewą stronę zabudowania gospodarcze a przed i za nimi, podwórza, pola uprawne i łąki. Najlepszym dowodem na urok tej doliny jest fakt, że we wsi odbywają się plenery malarskie, których już wielokrotnie byłem świadkiem. Dzisiaj też. Chwile nawet porozmawiałem z jedną z artystek i pooglądałem jej rozpoczęte dzieło.

09

Znad Glinna

   Schodzę w dól na skróty poprzez łąkę, zaopatruję się w knajpie w świeżą wodę i kieruję się w stronę Lutomii Górnej. To już ostatni odcinek mej drogi. Tym razem bez szlaku ale drogę znam bo wielokrotnie nią szedłem w tą i tamtą stronę. Ilekroć nią idę to zawsze mam obawy czy przypadkiem nie natknę się na dziki. Blisko zabudowań, teren leśny więc spotkanie z nimi jest możliwe. Drzewa są w razie czego ale kto mnie na nie podsadzi.b1 Mijam kolejny krzyż. Ten z kolei poświęcony jest tragicznie zmarłemu w tym miejscu crossowcowi i wchodzę do wsi. Kolejna asfaltówka. Kilkanaście minut marszu lekko w dół i docieram na przystanek by popatrzeć na z daleka widoczny tył autobusu miejskiego. Fajnie. Następny za dwie godziny. Co tu robić przez dwie godziny? Odpocząć. Ściągam plecak, podkładam go pod głowę i zalegam na najbliższym skwerku. Kurcze. Ilu ja tu mam kupli. Każdy z lekka lub nie nawalony gość myśli że ja też jestem w stanie po spożyciu więc postanawia się ze mną zaprzyjaźnić. Od dziś znam już połowę męskiej części społeczności tej wsi.b1

   W końcu podjeżdża następny autobus. Zabieram się z nim i docieram do Świdnicy. Kilkanaście minut marszu i dom.

   To była niezła eskapada. Prawie 30 km wraz z dojściami do środków komunikacji. Brawo ja.b1

 do góry 

JANUSZ LEWCZYK

Świdnica

tel. 603 099 193

e-mail: janusz.lewczyk@infomix.com.pl

© Janusz Lewczyk (d. INFOMIX) 1999-2018

Wszelkie prawa zastrzeżone