2015.07.03-04 - Wyrypa Beskidzka

   Cóż. Chwalić się nie ma za bardzo czym. Owszem zrobiłem przeszło 40km ale częściowo po innej trasie. Jednak towarzystwo, przeżycia i widoki zostaną niezapomniane. Kto wie, może spróbuje w przyszłym roku? Póki co to Junior wrobił mnie w następną eskapadę - Przejscie Dookola Kotliny Jeleniogorskiej. A przecież nie biłem go.b1

   Ale od początku. Junior postanowił sprawdzić jak jest z moją kondycją i zweryfikować na żywo czy tych tras Wałbrzych - Lutomia lub Kamionki - Wałbrzych przypadkiem nie przejechałem b2. No i zapisał nas na imprezę organizowaną przez Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich - nocny marsz po Beskidzie Śląskim i Żywieckim. Dobrze że chociaż dał mi wybór długości trasy. On zdecydował się pójść na 100 km, ja siłą rzeczy na 50: Zwardoń – OchodzitaBarania GóraWęgierska Górka – Abrahamów – Słowianka – Rysianka - Redykalny Wierch - Chata na Zagroniu. Od zapisu do imprezy było trochę czasu więc zrobiłem kilka 30to-kilometrówek po okolicy.

   Dobra. Jest forma. Jedziemy. Wrocław, Katowice - tłum ludzi na dworcu, większość to wyrypowicze. W pociągu zbiórka wpisowego, większość pasażerów zna się z innych imprez. Junior poznaje mnie ze swoimi koleżankami - nazywam je papużkami, o czym dalej, prosząc je o opiekę nade mną.b2

01

Fotograf padnie czy nie padnie?

   Zwardoń. Wysiadamy. Temperatura coś ok. 25 stopni czyli normalka w tym roku. Będzie ciepełko na trasie. Wyciągam swoją mapę - rocznik 1972. No, no. Rzekłbym że to co wg niej powinno być blisko dworca to w rzeczywistości jakoś niewidoczne jest spod niegob2. Zbiórka. Kupa luda. W dodatku sama młodzież. Niektórzy patrzą na mnie jak na potencjalnego nieboszczyka, którego trzeba będzie znieść z góry b2. Dochodzą nowi, którzy dotarli swoimi pojazdami. Junior spotyka znajomych, gadka-szmatka, przedstawia mi m.in. Izabelę. Dziewczyna mi zaimponowała. Ukończyła Rzeźnika. To jest coś. Uczestnicy sprawdzają sprzęt, przebierają się.

   Godzina 21sza. Startujemy. Niebieskim w nieznane. Jestem na czele. I zaraz popełniam pierwszy błąd b2. Młodzież narzuciła szybkie tempo a ja zasuwam razem z nią. Mijamy wiadukt nad S1, jakieś zabudowania, kilka małych pagórków, kilka wyższych górek. Pod górę młodzież wyprzedza mnie a z góry ja wyprzedzam młodzież. W jakimś przysiólku pod Ochodzitą zaczynam mieć dość tego tempa. Zalegam na poboczu drogi i regeneruję siły. W międzyczasie obok przechodzi Junior, bez śladu zmęczenia na twarzy. Chwila rozmowy - Junior mówi, że razem z Izką zrobią te 100 km, po czym odchodzą. Nawet jakbym chciał to nie upilnuję. b2

   Kilka minut regeneracji pomogło. Ruszam dalej. Asfaltówka u podnóża Ochodzity. Dobrze się idzie. Oglądam się do tyłu. Wyrypowiczów już niewielu ale za to piękny nocny widok na wyższe partie Beskidów, oświetlone światłem księżyca. Widać m. in. schronisko pod Wielką Raczą. Dochodzę do jakiegoś parkingu przy drodze na Koniaków. I tu dołączają następni wyrypowicze, którym uciekł pociąg. Znowu krótki odpoczynek i w trasę. W ciemność i nieznane. Nigdy nie szedłem tą trasą. Jest noc. Czołówka rozświetla wąski pas przede mną. A co wokoło? Nie do końca wiadomo. Las. No i pod nogami na przemian trwa, ziemia, kamienie i drewniane kładki. Tak, to teren źródeł Wisły. Miejscami jest mokro. Cisza. Nie całkiem. Z tyłu słychać papużki b2. Po przeszło godzinie marszu dochodzę do jakiegoś rozdroża. Przerwa. Walę się wprost na glębę i oddaje się konsumpcji. Późna kolacja w lesie. Zrywka i w drogę, do schroniska Przysłop.

   Idę. Słyszę jakieś głosy, muzykę i ... źarzące się ślepia kilka metrów przede mną. Kotek. Cywilizacja b2. Ale zanim to trzeba jakoś dojść do tego schroniska. Szlak wije się po lesie. Bładzę. W końcu walę na skróty wychodząc na jakiś murek. Skaczę z niego. I jestem na podwórku przed schroniskiem. Słyszę gwar ale nie wchodzę do niego. Siadam na ławce i znowu posiłek. Krótki. Jest po 24tej. Czas na dalsze dreptania. Kierunek Barania Góra.

02

Brzask na Baraniej Górze

   Nie powiem. Fajne podejście - 250 m różnicy poziomów. Szlak wiedzie lasem momentami ostro pod górę. Dochodzę na szczyt. Dużo ludzi. Ogniska. Kiełbaski. Na wieżę nie wchodzę. Robię sobie posłanie z kurtki i plecaka i udaję się na zasłużony półgodzinny odpoczynek. Budzę się. O! Papużki też tu już dotarły b2. Brzask. Cykam fotki, łykam trochę kawy i dalej przed siebie. Ostro w dół. Dochodzę do Magurki Wiślańskiej - skrzyżowanie ze szlakiem od Skrzycznego. Dalej. Na Magurce Radziechowskiej krótki popas - zmieniam skarpety, bo te zaczęły źle układać się w butach. W dolinie przed Glinnem natykam się na ... kanapę na poboczu szlaku. Szkoda że taka zniszczona b2. Podchodzę na Glinne. Łatwo już nie jest. Ale mam doping. Z tyłu idą papużki. Boże. Jak one mnie dojdą to zagadają na śmierć b2. Udaje mi się uciec. Na razie. Kilkaset metrów dalej dostrzegam leżący na szlaku biały duży przedmiot. Co jest? Podchodzę. Leży człowiek w białym swetrze. Szturcham go a on mówi - nie budzić, wróciłem z szychty, zachciało mi się wyrypy i tu padłem. Ok. Śpij dalej. Idę. Zaczyna się ostre zejście do Węgierskiej Górki. Idę szybko ale papużki jeszcze szybciej. Dopadły mnie. Zatrzymujemy się na pogaduszki b2. Mówią że za kilka minut dojdzie do nich jeszcze koleżanka, która idzie z Węgierskiej Górki. O nie. Dziewczyny miłe ale... gadatliwe .b2 W nogę. Po drodze wymijam tę koleżankę. Mniej gadatliwa. Zamieniliśmy tylko kilka słów. Wreszcie miasteczko.

   Wpadam do pierwszego z brzegu sklepu. Kupuję płyny, coś do żarcia i batony. Przy kasie kasjerka mówi że dwie godziny wcześniej miała tu najazd plecakowiczów. Ładnie. Dwie godziny w plecy ale w sumie to nie jest źle. Idę sobie główną ulicą a tu lodziarnia. Skusiłem się. Kawałek dalej piekarnia. Skusiłem się na pączki b2. I jakoś tak zaczyna mi się odechciewać dalszego marszu, zwłaszcza że temperatura zaczęła rosnąć. Nie. Dosyć tej laby. Kierunek Żabnica. Chyba nie do końca wiedziałem co robię. Asfaltówka przez miasteczko. Pod lekką górkę. Nad głową słońce. Temperatura otoczenia zbliża się do 35 stopni. W półtorej godziny przeszedłem 2,5 km. Na poboczu przy łące piękna akacja - odpocznę sobie, zregeneruję siły.

03

Widok na Żabnicę

   Padłem i zasnąłem b2. Sen przerywany bo co kilkadzisiąt minut podchodzi jakiś lokals z pytaniem czy żyję. Dzięki za troskę ale ja chcę spać.

   Koniec laby. Idę dalej. Podejście na Abrahamów. Nogi chcą a głowa nie. Dzwonię do Juniora - niestety synu ale kończę przygodę po 35 km. On drepcze dalej. No tak. Towarzystwo kobiety. Może nie trzeba było uciekać przed papużkami? b2. Wracam tym samym asfaltowym deptakiem do Węgierskiej Górki. Przynajmniej z góry jest. W sumie tyle udało mi się przejść - link, plus kilka kilometrów z Rajczy do Chaty na Zagroniu. Zalegam na jakimś skwerze z pomnikiem. Patrzę na niego z ciekawością. Pewnie kolejny JPII. Nie. Toż to premier Buzek w całej okazałości.

   Kolejne lody no i zaczyna się kombinowanie jak wrócić do domu lub dotrzeć do Chaty na Zagroniu. Patrzę na swoją mapę - rocznik 1972 - i widzę, że blisko nie jest. Piechotą nie da rady. Idę na dworzec a tam spotykam sympatyczną parę - Katarzyna i Michał, poznaliśmy się na stacji w Zwardoniu. Oni wiedzą co trzeba zrobić. Jedziemy pociągiem do Rajczy a stamtąd na nożkach do Chaty. Wysiadamy w Rajczy, kros przez plebanię - mam nadzieję że nie ma nas na ślubnych fotkach b2 i lekko pod górkę skrótami bez szlaku. Po prawej stronie w dole czerwienią się dachy Ujsoł. Michał zna drogę. Po drodze dyskusja nad ilością gór o nazwie Kiczora. Dochodzimy do Chatki. Patrzę i od razu jestem oczarowany miejscem.

04

Przed Chatą

   Na wpół murowana chata położona na zboczu góry. Wokół lasy i łąki. Widok w doliny na zachód. Cisza. Teren wokół zagospodarowany. Chata w dobrym stanie. Melduję się u chatkowej. Opłacam pobyt - całe 7 zeta - nic tylko studentem być. Dostaję śpiwór, karimatę i miskę pysznej fasolki. Cóz. Nie znoszę fasolki a ta smakuje mi jak najlepsza czekolada. Siadam na pogawędkę z papużkami - tak dotarły tu przede mną, mijając mnie gdy spałem, i nie na skróty. b2Głowa powoli zaczyna opadać mi na blat. Pamiątkowa fota. Zmęcznie. Pora spać. Ale gdzie? Wybieram wariant traperski. Kawał trawnika, plecak pod głowę, karmimatę pod ... plecy i śpiwór. Przecież na dworzu jest 30ci stopni. I to był dobry wybór. W nocy przebudziłem się a tu widok milionów gwiazd nad głową. Co prawda ranem trochę rosa mnie zmoczyła ale przynajmniej wyspałem się. Nie ja jedyny bo Michał poszedł w moje ślady. Sen miałem twardy.

05

Fotka prawie rodzinna

   Przed 7mą telefon. Junior pyta czy będzie miał gdzie kości złożyć. Oczywiście. Śpiwór jeszcze ciepły b2. Około 8ej pojawia się syn. 100 km zaliczył - przebieg jego trasy w linku. Zmęczony, zmarnowany ale doszedł do celu. I mówi. Nie ma co zalegać. Godzina oddechu i idziemy na pociąg do Rajczy razem z kilkoma kolesiami, którzy też zaliczyli setkę. Mają chłopaki zdrowie.

   Powrót. Jeden pociąg, drugi pociąg, bus i w domu. PIĘKNA PRZYGODA. Wtedy jeszcze nie przeczuwałem, że być może wkrótce będą kolejne, oczywiście z winy Juniora. b2

 do góry 

JANUSZ LEWCZYK

Świdnica

tel. 603 099 193

e-mail: janusz.lewczyk@infomix.com.pl

© Janusz Lewczyk (d. INFOMIX) 1999-2018

Wszelkie prawa zastrzeżone